W drodzę do jeziora Song-kul

13-15.08

Jedziemy dalej – tylko dokąd?
Zapłaciliśmy za 2 noclegi i pyszne jedzenie – pora wyjeżdżać z Arslanbob. Chcieliśmy pojechać nad jezioro Song- Kul, ale z Arslanbob była to dość długa podróż. Jadąc najkrótszą na mapie trasą było to 347 km, a przez stolicę kraju Biszkek aż 850 km! Dzień wcześniej zapytaliśmy 3 taksówkarzy którą drogę wybrać. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że przez Biszkek, ponieważ jako jedyna ma asfaltową nawierzchnię. Cena jaką podali to ponad 500 zł, a czas przejazdu 15-18 godzin! Grzecznie podziękowaliśmy i taksi za 90 som dojechaliśmy do głównej drogi prowadzącej na Biszkek.
Nie mieliśmy samochodu, a tym bardziej terenowego, aby jeździć po szutrach, ani nawet namiotu, żeby w nim przenocować. Poza tym najkrótsza trasa przecinała masyw górski i nie było wzdłuż niej żadnych miejscowości.

Po godzinie jazdy byliśmy w Bazar Kordon stojąc na głównej drodze i łapiąc stopa do Biszkeku. Chcieliśmy dojechać na wieczór do stolicy, a następnego dnia dostać się już bezpośrednio nad jezioro.
Minęło kilka minut i zatrzymał nam się samochód na austriackich blachach. Jechał nim Erwin, młody chłopak, który Daewoo Matiz przejechał do Kirgistanu ze swojej miejscowości w Austrii – ponad 10000 km, a wszystko w 30 dni! Wzajemnie byliśmy szczęśliwi , że na siebie trafiliśmy – on bo miał towarzystwo, a my, że mamy transport. Okazało się, że Erwin jedzie prosto nad Song-Kul!

Też za bardzo nie wiedział jaką drogą powinien się kierować. Wspólnie postanowiliśmy, że jedziemy w stronę Biszkeku, a będąc już niedaleko stolicy odbijemy w stronę jeziora – jak się później okazało 400 km asfaltu i 185 km szutrów (na szczęście większość płaskimi dolinami, a nie przez góry).
Pierwszy odcinek zajął nam ponad 5 godzin. Mieliśmy dwa krótkie postoje – nad jeziorem Toktogul, a także, gdy zatrzymała nas policja. Erwin był na to przygotowany i gdy tylko funkcjonariusz poprosił go o podejście do radiowozu wziął ze sobą kilka małych buteleczek jagermeister, wręczył je mężczyźnie i po chwili bez żadnego mandatu jechaliśmy dalej.

K54 K54a K55 K56 K57 K58

Jeszcze ciekawej zrobiło się, gdy zjechaliśmy z głównej trasy na Biszkek. Wtedy ciągle mieliśmy nadzieję, że będzie tam chociaż trochę asfaltowej drogi – myliliśmy się. Przez kilka godzin jechaliśmy w kłębach kurzu ze średnią prędkością 30-40 km, raz po raz uderzając podwoziem albo przodem samochodu w jakieś kamienie i nierówności. Za to widoki za oknem wynagradzały wszystkie niedogodności. Krajobraz co chwilę się zmieniał – zielone łąki, góry w kolorze od szarego po czerwone, rzeki i biegające na wolności zwierzęta. Nie zmieniała się tylko jakość drogi, która zdecydowania nie była odpowiednia dla Daewoo Matiz.
K59 K60 K61 K62 K63 K64 K65 K66

Nasze zainteresowanie wzbudziły też takie konstrukcje:

K67 K68 K69

Prawdopodobnie były to stare grobowce, ale nie mamy pewności – w każdym razie wyglądały bardzo interesująco.
Zaczęło się robić ciemno, a my byliśmy w ostatniej wiosce przed jeziorem – jakieś 50-60 km do pokonania, ale przez przełęcz na 3300-3400 m n.p.m. Nie chcieliśmy jechać w nocy, więc postanowiliśmy znaleźć jakiś nocleg. W wiosce był jeden sklep, więc postanowiliśmy zapytać czy istnieje możliwość przenocowania u kogoś. Pani sprzedawczyni mocno zdziwiła się, gdy zobaczyła 3 turystów. Na moje pierwsze głupie pytanie – czy jest tutaj hotel, oczywiście odpowiedziała przecząco. Wtedy zapytałem czy ma jakiegoś znajomego, który mógłby udostępnić kawałek podłogi, aby się przespać. W tym momencie kobieta wykonała jeden telefon – zadzwoniła do znajomego, ale nie mógł nas przygarnąć, a później zadzwoniła do męża i powiedziała, że ona ugości nas u siebie. Zaproponowaliśmy, że zapłacimy za nocleg, ale nie chciała od nas żadnych pieniędzy. Zaraz zamknęła sklep i razem udaliśmy się do jej domu, który znajdował się zaraz obok sklepu. Wjechaliśmy samochodem na podwórko i weszliśmy do środka, gospodyni podała nam kolację! Sama z rodziną czekała aż my skończymy jeść i dopiero, gdy poszliśmy spać przygotowała jedzenie dla swoich dzieci i męża.
K70 K71 K72
Następnego dnia rano podziękowaliśmy za gościnę, a także zostawiliśmy trochę pieniędzy i prezentów z Polski i Austrii pomimo, że właścicielka bardzo nie chciała od nas niczego przyjąć. Ahh jak ja kocham postsowieckie kraje za taką szczerą gościnność. Czym mniej ludzie posiadają tym więcej chcą nam ofiarować. Nie boją się, że ktoś może zrobić im coś złego, tak jak jest to w Europie – nawet o tym nie myślą, no bo kto i po co?
Ostatni odcinek przebiegał przez góry, a więc nasza prędkość jazdy jeszcze spadła i 50-60 km odcinek zajął nam prawie 3 godziny, aż w końcu dostrzegliśmy jezioro i ogromne ilości kóz, krów i koni 🙂
K73 K74 K75 K76 K77 K78

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. maciej napisał(a):

    Witam jesli to mozliwe chciałby w jakis sposób skontaktować sie z autorem tego tekst

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *