Samolotem dookoła świata: Australia (cz. 5)

06.06.14

Darwin, Australia

Po 2,5 godzinach lotu o 5 rano wylądowałem w  Darwin. Wizę do Australii wyrabia się przez internet, a odpowiedź dostaje się emailem zazwyczaj już kilka minut po wypełnieniu wniosku. Z wydrukowanym potwierdzeniem, zaspany, ustawiłem się do kontroli. Podałem swój paszport i po chwili zostałem poproszony do pokoju obok na przesłuchanie. Dużo słyszałem o takich przypadkach przy przekraczaniu granicy z USA, ale nie w Australii. Pracownik zaczął pytać o cel wizyty, czy zamierzam szukać pracy, czy nie planuję zostać na stałe. Poprosił o udowodnienie, że posiadam odpowiednie środki finansowe na pobyt, dlatego musiałem zalogować się na swoje konto bankowe, a także okazać bilet powrotny. Dopiero po tym mężczyzna uwierzył, że tylko podróżuje i wbił pieczątkę, która pozwala na pobyt w kraju kangurów.

Lotnisko w Darwin jest bardzo małe, ale znalazłem kawałek wolnej przestrzeni i ze względu na wczesną porę postanowiłem jeszcze kilka godzin się przespać.

 

Darwin to małe miasto, jego populacja wynosi około 110 tysięcy mieszkańców, ale za to jest bardzo międzynarodowe i zamieszkuje je ponad 50 różnych narodowości. Ponadto jest to stolica jednego z 6 ,,województw” w Australii – Terytorium Północnego. Przez cały rok panuje tam tropikalny klimat.

W okresie zimowym, gdy w mieście jest ciągle gorąco, w przeciwieństwie do południowej części kraju, wielu Australijczyków odwiedza Darwin, które przemienia się w wielką imprezownie. Na głównej ulicy znajduje się wiele pubów, restauracji i dyskotek, a zabawa trwa całą noc.

Po opuszczeniu lotniska poczułem się jakbym wrócił do Europy. Nikt mnie nie zaczepia jak w Azji, niczego nie oferuje. Budynki i ulice wyglądają podobnie. Zaskoczyły mnie za to ceny. Wiedziałem, że jest drogo, ale nie myślałem, że dużo gorzej niż w Europie Zachodniej.

Pierwszy dzień minął na spacerowaniu po mieście i plaży z  poznaną Tajwanką, która przebywała na work & travel i pracowała na Tasmanii. Dzięki niej znalazłem darmowy nocleg – a najtańsze łóżko w hostelu to 100 zł.

IMG_3099 IMG_3100 IMG_3102

IMG_2975

zachód słońca w Darwin

zachód słońca w Darwin

d8

07.06.14

Przed podróżą w promocji Airbnb zarezerwowałem za kilka USD nocleg w domu w lesie deszczowym. Budynek znajdował się kilka kilometrów od centrum, ale łatwo można było tam dojechać.

Około południa wszedłem na teren posesji, w domu znajdowało się kilka osób, ale właścicielka była nieobecna. Zapytałem o swoje miejsce, ale mieszkańcy nic o tym nie wiedzieli. Oznajmili, że Suzi (właścicielka) przyjedzie dopiero wieczorem, a do tej pory mogę zostawić rzeczy, gdzie tylko chce, a następnie zaprosili mnie na obiad, który właśnie przygotowali. Po chwili dowiedziałem się, że miejsce, w którym jestem to komuna …

Pierwsze komuny powstały w latach 60-tych poprzedniego wieku i były całkiem popularne w USA, Australii i zachodniej Europie. Zamieszkiwali je głównie hipisi. W jednym miejscu zbierało się wielu ludzi, dzielących podobne poglądy. Razem się utrzymywali, dzieląc koszty, wspólnie gotując  i traktując jak nowa rodzina.

W otwartym domu mieszkało ponad 20 osób z różnych krajów. Część z nich pracowała, jedni podróżowali i postanowili zatrzymać się na dłużej. Każdy z nich bardzo cenił miejsce, w którym się znaleźli. Był to też tani sposób na przeżycie w Australii.

Wieczorem przyszła Suzi, która jako jedyna posiadała swój własny pokój – wszyscy inni spali na werandach albo w namiotach. Zaprosiła mnie na górę, aby porozmawiać i opowiedzieć swoją historię.

Komunę prowadzi od kilkudziesięciu lat, a właściwie to ma ich kilka w różnych częściach kraju. Tak się wychowała i nie wyobraża sobie innego życia. Przez wiele lat podróżowała, głównie po Azji, medytowała w Indiach itp. Napisała nawet książkę, która dostępna jest na amazonie. Obecnie, aby trochę zarobić postanowiła wstawić ogłoszenie na airbnb i gościć również turystów. Przez cały czas podkreślała jak cudowna jest idea mieszkania w komunie i zachęcała mnie do otworzenia własnej w moim kraju. Ponoć już kilka osób do tego namówiła!

Po godzinie dołączyło kilka osób z dołu i wszyscy razem zaczęli tańczyć do jakiejś dziwnej, indyjskiej muzyki…

Ogólnie mega dziwne miejsce:)

Tutaj jest link do tego miejsca: https://www.airbnb.pl/rooms/825526

Było już dawno po północy, zapytałem, gdzie jest miejsce dla mnie. Dostałem łóżko na werandzie, w sąsiednim spała już jakaś dziewczyna. Pomimo różnych odgłosów, głównie zwierząt i wiatru, szybko zasnąłem. Nagle obudził mnie krzyk stojącej nade mną dziewczyny, trzymającej jakiś przedmiot w ręku i gotowej mnie uderzyć. Suzi nie powiedziała jej, że będzie dzieliła ze mną werandę, obudziła się w nocy i strasznie przeraziła, nie wiedziała co się dzieje. Ponoć też miała jakieś złe sny. Wyjaśniliśmy wszystko, po czym uspokoiła się i przeklinając Suzi zasnęła.

08.06.14

Tego dnia wraz z Tien umówieni byliśmy z Włochem Marko, aby eksplorować oddalony o 70 kilometrów park narodowy Litchfield. Zaraz po wyjechaniu z miasta krajobraz stał się bardzo monotonny, wszystko bardzo wysuszane, dominował czerwony kolor ziemi, mało roślinności. Nie było praktycznie żadnych miejscowości.

Park znany jest głównie z wodospadów, małych naturalnych basenów i kopców termitów. Dociera tam wielu mieszkańców, aby wypoczywać i moczyć się w wodzie. Wyznaczone są liczne ścieżki dla turystów i miejsca do kąpieli. W parku spędziliśmy cały dzień, aż do zachodu słońca.

IMG_2993

kopce termitów

IMG_2997 d4

IMG_3012 IMG_3030 d5 d7

10-11.06.14

Po całonocnym locie znalazłem się prawie 2000 km na południe od Darwin – w Brisbane, bardzo nowoczesnym, założonym dopiero na początku XX wieku mieście na wschodnim wybrzeżu. Brisbane corocznie znajduje się w czołówce wszystkich rankingów na najdogodniejsze miejsce do życia na świecie, ale do zobaczenia zbyt wiele ciekawego tam nie ma.

Centrum miasta to dzielnica biznesowa z wieloma wieżowcami, budynek ratusza – jeden z najstarszych w mieście i kilka kościołów. Większość czasu spędzam spacerując po bulwarze wzdłuż rzeki, obserwując życie mieszkańców, wstępuje także do kilku kościołów i centr handlowych, płynę promem  po rzece i wpadam na … darmową kawę do kasyna.

IMG_3143 IMG_3161 IMG_3162 IMG_3142 IMG_3128

Drugiego dnia pokonuje 8 kilometrowy dystans na niewielką górę Coot-tha, z której rozpościera się całkiem przyjemny widok na całe Brisbane, a wieczorem pociągiem dojeżdżam do oddalonego o 70 km Gold Coast.

brisb1 IMG_3152

12.06.14

12 czerwca zaczynają się mistrzostwa świata, wraz z poznanymi w hostelu Niemcami idziemy o 6 rano obejrzeć mecz otwarcia do jednej z restauracji. Nie spodziewałem się, że oprócz nas będzie tam jeszcze sporo innych osób, w większości obcokrajowców.

Gold Coast to australijska mekka surferów,  z bardzo długą plażą, ale że jest zima, temperatura powietrza oscyluje koło 15 stopni, więc jest poza sezonem. Ponadto całe nabrzeże to kilometry ciągnących się wieżowców. Miasto, które wygląda trochę na ,,wymarłe”,  tak jak Brisbane jest bardzo zadbane i nowoczesne.

Mnie nie zachwyca i ciesze się, że spędzam tam tylko jeden dzień. Ogólnie ostatni tydzień w Australii był dość nudny i mało ciekawy.  Na szczęście szybko się to zmieniło.

IMG_3193 IMG_3204 IMG_3214 IMG_3215 IMG_3217

13.06-16.06.14

Testuję kolejną tanią linię lotniczą – Tiger Air i po  krótkim 1,5 godzinnym locie podziwiam piękne widoki lądując w  Sydney.

IMG_3232 IMG_3238

s1

Czas w największym i najstarszym mieście Australii mija bardzo szybko i intensywnie. Zatrzymuję się w najtańszym hostelu jaki znalazłem w internecie, nie pamiętam nazwy, ale bardzo mi się podoba – jest bardzo stary, z drewnianymi podłogami, które skrzypią przy każdym kroku, nie ma wind, a schody wyglądają jak w średniowiecznych zamkach. Na dole znajduje się pokój wspólny,  w którym spędzam dużo czasu oglądając mecze mistrzostw świata. Pierwsze transmisje zaczynają się późno w nocy  – o 1 albo 3. Każdy mecz oglądam z innymi ludźmi, zazwyczaj z kraju, którego reprezentacja gra w danym momencie. Świetny klimat.

Spora cześć gości hostelu mieszka w nim na stałe, gdyż jest taniej niż wynajmowanie pokoju na mieście. Do Sydney przyjeżdża dużo młodych ludzi do pracy z krajów, które objęte są programem work & travel. Niestety niewiele krajów ma taką możliwość,  Polsce przysługuje bardzo ograniczona liczba miejsc. Poznaje głównie Niemców, Francuzów i Brytyjczyków. Najniższa stawka godzinowa to 18 dolarów australijskich (ok. 52 zł), więc nawet dla nich jest to niezły zarobek. Ponadto oczywiście mogą doskonalić swoje umiejętności językowe, poznawać i zwiedzać kraj. Wiza wydawana jest na rok. Istnieje możliwość przedłużenia o kolejny, ale tylko pod warunkiem pracowania na farmie przez przynajmniej 3 miesiące!

Dużo lepiej niż w poprzednich miastach działa couchsurfing. Poznaję Milenę – 20- letnią Litwinkę, która prosto po maturze przyjechała tutaj studiować. Swoim pobytem jest trochę zawiedziona. Niezbyt podobają jej się ludzie, których uważa za mało otwartych i niezbyt przyjacielskich. Stwierdza, że Australijczycy głównie trzymają się między sobą i niechętnie zadają się z obcokrajowcami. Podobne opinie mieli Marko i Tien.

Z Mileną spaceruję po okolicach Opery i Harbour Bridge. Miejsce zawsze kojarzyło mi się z … fajerwerkami pokazywany na sylwestra w telewizji xD. Opera robi kolosalne wrażenie, prezentuje się świetnie z każdej strony, ale nie jest aż taka wielka jak sobie wyobrażałem. Jeszcze większe wrażenie robi wieczorem, wraz z całą dzielnicą biznesową i pięknie oświetlonym mostem.

IMG_3433

s8

IMG_3321

 

IMG_3435

IMG_3282 IMG_3271

Istnieje możliwość wejście na sam wierzchołek Harbour Bridge, ale koszt to kilkaset dolarów. Wchodzę tylko do biura, w którym oglądam fotografie znanych ludzi, którzy mieli przyjemność się tam znaleźć.

IMG_3262

Jednego z wieczorów trafiam także na efektowny pokaz fajerwerków. W Sydney widać, że coś się dzieje, na ulicach jest dużo ludzi, często popatrzeć można na ulicznych artystów i ich pokazy. Restauracje i kawiarnie wypełnione są ludźmi. Mam wrażenie, że Australię zamieszkują głównie Azjaci, bo widoczni są wszędzie.

s10 IMG_3374

IMG_3361

s9

Przedostatniego dnia w Sydney spotykam Britanny, jedyną Australijską couchsurferką, którą miałem okazję poznać. Mam dużo szczęścia. Dziewczyna pracuje na promie kursującym po zatoce i zabiera mnie ze sobą. Prowadzi mnie do kabiny kapitana i wykonuję kilka godzinnych rejsów, wsuwając przy tym krewetki.

Kapitan to spoko gościu. Opowiada o swoim życiu i pracy, do której przyjeżdża tylko 3 razy w tygodniu, ale musi pokonać dystans 180 km! Stwierdza, że pewnie chciałbym znaleźć sobie dziewczynę i zostać tutaj na stałe, tak jak wiele innych osób. Trochę się oburza jak zaprzeczam i mówię, że w sumie to średnio mi się australijskie miasta podobają i raczej nie chciałbym tu mieszkać, chyba, że na jakiś krótki okres czasu. Opowiadam o swojej podróży, która robi na nim spore wrażenie i także zaczyna wspominać swoje przygody.

Praca Britanny polega na wpuszczaniu i wypuszczaniu pasażerów na pokład. Opuszczam kabinę kapitana i ,,pracuję” wraz z nią przez kilka przystanków. Australijka jest natomiast zachwycona Europą, w której spędziła ponad rok i teraz pracuje, aby nazbierać na kolejną długą podróż.

Wracam do pomieszczenia kapitana, który proponuje mi objęcie sterów nad promem! Kręcę sterem kilka razy, kapitan robi pamiątkowe zdjęcia. Po  prawie 5 godzinach, gdy Słońce zaczyna już zachodzić, a mi robi się niedobrze od ciągłego kołysania żegnam się z kapitanem i Britanny,  dziękuje i wysiadam w okolicach opery.

IMG_3413 IMG_3410

s4s6s5IMG_3423

s7 IMG_3429

Ostatniego dnia odwiedzam Chinatown, kupuję kilka pamiątek i zbieram się na lotnisko. Czas na USA!

IMG_3458 IMG_3459 s2

 

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Alojamiento web napisał(a):

    14 sierpnia 2015 wyruszylismy w roczna podroz dookola swiata. Blog zalozylismy dla naszych bliskich, rodziny i przyjaciol, ktorzy kibicuja nam i od poczatku wspierali nas na rozne sposoby w realizacji tego przedsiewziecia. Chcemy zaprosic Was do towarzyszenia nam w tej przygodzie i zainspirowac do zaplanowania wlasnych podrozy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *