Maroko

  • M2
  • M3
  • M4
  • M1
  • M5
  • M5
  • M6
    Jedna z bram wejściowych do medyny
  • M7
    Plac al-Hedim
  • M8
    Właściciel konia, któremu nie podoba się, że robię zdjęcia Ewelinie, a jeszcze za to nie zapłaciłem xD
  • M9
    Wspólne śpiewanie i granie z Marokańczykami…
  • M10
    a następnie zapłata za dobrą zabawę ;)
  • M11
    Tażin i mleko bananowe
  • M12
  • M13
    Muzeum Dar Dżamaji
  • M14
  • M15
    Jedna z ulic w medynie
  • M16
  • M17
  • M18
  • M19
  • M20 B
  • M20
  • M21
    Według tradycji wysokość z jakiej gospodarz nalewa herbatę do szklanek oznacza szacunek jakim darzy swoich gościu – czym wyższej tym większy
  • M22
    Garbarnia widziana z góry
  • M23
  • M24
  • M25
  • M26
    Suszenie skór na zboczach wzgórza
  • M27
  • M28
  • M29
  • M30
  • M31
  • M32
    Widok na medynę Fezu i wzgórze, na którym znajdują się Grobowce Marynidów
  • M33
    tatuaże dziewczyn
  • M34
    Mój tatuaż - skorpion chwilę po wykonaniu
  • M35
  • M36
  • M37
  • M38
  • M39
  • M39B
  • M40
    Brama wejściowa do Kasby al-Udaja
  • M41
    uliczki wewnątrz Kasby
  • M42
  • M43
  • M44
  • M45
  • M46
  • M47
  • M48
  • M49
  • M50
  • M51

Po pierwszym wyjeździe do Portugalii przyszła pora na planowanie następnego. Pierwszym pomysłem był Londyn, ale z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że będzie za zimno i warto pomyśleć o jakimś innym kierunku. Zacząłem przeglądać siatki połączeń Ryanaira i Wizzaira (fly4free jeszcze wtedy nie było) i padło na Maroko, a dokładnie miasto położone w północnej część kraju Tanger.

Nie zastanawiając się długo wraz z … trzema koleżankami (Ewelina, Gośka i Iza) kupiliśmy bilety. W tym czasie odbywały się protesty w Egipcie i ogólnie było dość duże zamieszanie w Afryce Północnej dlatego, aby upewnić się czy na pewno będzie bezpiecznie wyruszyliśmy … do ambasady Maroko w Warszawie. Pani, która nas przyjęła była niesamowicie zaskoczona, że przyszliśmy zadać jej kilka pytań, ale zapewniła nas, że na pewno nic nam w Maroko nie grozi, a także dała nam kilka gazetek promocyjnych i map.

Lotniska w Modlinie jeszcze wtedy nie było, a loty z Okęcia były drogie, tak więc trzeba było latać z innych lotnisk (na szczęście teraz sytuacja się odwróciła).

Tak wyglądał nasz plan lotów:

10.02.11 Katowice – Paryż Beauvais 6.00 50 zł WizzAir

10.02.11 Paryż – Tanger 11.35 58 zł Ryanair

17.02.11 Tanger – Paryż 7.30 42zł Ryanair

17.02.11 Paryż – Poznań 14.00 94 zł Ryanair

Do Katowic pojechaliśmy pociągiem, a następnie taxi na lotnisko. Mieliśmy bardzo dogodną przesiadkę w Beauvais, więc szybko dolecieliśmy do Maroko.

Tanger – do połowy XX wieku bardzo popularny kurort ściągający wielu znanych ludzi i artystów z całego świata , posiadał status wolnego portu, tak więc handel rozwijał się tam bardzo dobrze. Wszystko zmieniło się, gdy Maroko odzyskało niepodległość w 1956 roku. Rząd zaniedbał miasto, które mocno straciło na znaczeniu. Obecnie przyjeżdżają tam na wakacje głównie Marokańczycy pracujący za granicą, a także mieszkańcy południowej Hiszpanii i Gibraltaru.

Jak w prawie każdym marokańskim mieście znajduję się Medyna (stara część miasta), Kasba (forteca) i Ville Nouvelle (nowa część miasta), a także Bulwar Mohammeda VI – króla i przywódcy kraju , która jest najbardziej reprezentatywną aleją w mieście.

Miasto ogólnie nie zrobiło na nas jakiegoś niesamowitego wrażenia, ale na pewno warte jest zatrzymania się na jeden dzień. Jest takim przejściowym miejscem, między światem Arabskim, a Europą; różniącym się bardzo od miast w głębi kraju.

Noclegu nie rezerwowaliśmy wcześniej i zdecydowanie odradzam robienie tego w Maroko. Wszędzie miejsca do spania znajdziemy bez problemu (albo znajdzie nas samo), a na pewno będzie sporo taniej niż rezerwowanie z wyprzedzeniem.

Jako ciekawostkę dodam, że od nazwy miasta Tangier wywodzi się angielskie słowo ,,tangerine” czyli mandarynka – właśnie z Tangieru przypływały pierwsze dostawy tego owocu do zachodniej europy.

M2 M3 M4 M1

Następnie pojechaliśmy pociągiem do Meknes – jednego z czterech cesarskich miast Maroka. W centrum znajduję się duży plac al-Hedim, przy którym znaleźliśmy nocleg. Mieści się tam również wiele restauracji, kawiarenek, a także stoiska z tanimi (4dirhamy) i świeżo wyciskanymi sokami z pomarańczy, które kupowaliśmy codziennie po kilka razy.

Ponadto jest tam wielu lokalnych artystów, a także naciągaczy próbujących zarobić pieniądze na turystkach – jak najbardziej byliśmy jednymi z tych od których kilka dirhemów wyciągnęli. Najpierw za robienie sobie zdjęć na koniu, a później za… wspólne granie/śpiewanie.

W Meknes odwiedziliśmy również muzeum Dar Dżamaji poświęconemu sztuce marokańskiej, a także Medresę (szkołę koraniczną); niestety nie można było wejść do Wielkiego Meczetu (Grand Mosquee, który jest niedostępny dla nie muzułmanów.

Poza tym najwięcej czasu spędziliśmy na placu obserwując życie mieszkańców i jedząc lokalne specjały takie jak tażin, czyli gotowane w specjalnym glinianym naczyniu na wolnym ogniu mięso wołowe, drobiowe, jagnięcina lub baranina z warzywami , owocami oraz przyprawami i ziołami , a także kuskus – czyli drobna kasza (a dokładniej makaron z pszenicy), podawany z gotowanym mięsem i warzywami. Do tego na deser koktajle owocowe lub sok z pomarańczy, a także obowiązkowo herbata z mięty i dużą ilością cukru.

Drzewko pomarańczy widziane pierwszy raz w życiu

Jedna  z bram wejściowych do medyny

Jedna z bram wejściowych do medyny

Plac al-Hedim

Plac al-Hedim

Właściciel konia, któremu nie podoba się, że robię zdjęcia Ewelinie, a jeszcze za to nie zapłaciłem xD

Właściciel konia, któremu nie podoba się, że robię zdjęcia Ewelinie, a jeszcze za to nie zapłaciłem xD

Wspólne śpiewanie i granie z Marokańczykami…

Wspólne śpiewanie i granie z Marokańczykami…

a następnie zapłata za dobrą zabawę ;)

a następnie zapłata za dobrą zabawę 😉

Tażin i mleko bananowe

Tażin i mleko bananowe

M12 M14

Muzeum Dar Dżamaji

Muzeum Dar Dżamaji

Jedna z ulic w medynie

Jedna z ulic w medynie

M16 M17

Kolejnym miastem na naszej trasie był Fez (nazwa oznacza ,,milion mieszkańców”), jedno spośród cesarskich miast, a zaraz najstarsze w Maroko. W obrębie miasta znajdują się aż 2 medyny. My głównie skupiliśmy się na tej starszej, a zaraz niesamowicie skomplikowanej z tysiącami malutkich uliczek, przypominającej labirynt bez wyjścia.

Fes el-Bali, bo tak się nazywa jest jednym z najgęściej zaludnionych miejsc na świecie. Na obszarze jednej mili kwadratowej mieszka około 200-250 tysięcy ludzi – dokładna liczba nie jest znana, bo mieszkańców, mimo trudnych warunków do życia i ścisku tam panującego, ciągle przybywa. Medyna otoczona jest murami obronnymi, a aby wejść do niej trzeba przejść przez jedną z monumentalnych bram wejściowych, na czele z najbardziej znaną Bab-bu-dżalud (niebieska brama). Wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO

Do Fezu dotarliśmy pociągiem, które są droższe trochę niż autobusy, ale dużo wygodniejsze. Już dworzec, na który się przyjeżdża robi wrażenie. Jest wielki, a zamiast drzwi wejściowych znajduję się tradycyjny otwór w kształcie dziurki od klucza.

M18 M19

Gdy tylko wyszliśmy z dworca udaliśmy się w stronę Medyny, aby znaleźć nocleg. Nie było to zbyt łatwe, ponieważ nie chcieliśmy wchodzić w mniejsze uliczki, aby się nie zgubić. Po chwili podszedł do nas młody chłopak, który przedstawił się jako miejscowy przewodnik i aby to potwierdzić pokazał nam jakąś legitymację. Powiedział, że pomoże nam znaleźć dobry nocleg i oprowadzi trochę po mieście.

Po chwili zaprowadził nas do jednego z zaprzyjaźnionych riadów, dość blisko centrum medyny. Po chwili negocjacji uzgodniliśmy cenę (70dirhamów od osoby), zostawiliśmy swoje rzeczy, a miły gospodarz domu poczęstował nas miętową herbatą.

M20

Riady – czyli tradycyjne marokańskie domy budowane są zazwyczaj według schematu, który pomaga stworzyć naturalną klimatyzację. Najważniejsze są grube mury, które zatrzymują ciepłe powietrze; w centralnej części znajduję się otwarty dziedzinie. Jest on bardzo wysoki, aby ciepłe powietrze mogło unieść się do góry w lecie, a w zimie zimne powietrze nagrzać się.

M20 B

Według tradycji wysokość z jakiej gospodarz nalewa herbatę do szklanek oznacza szacunek jakim darzy swoich gościu – czym wyższej tym większy

Według tradycji wysokość z jakiej gospodarz nalewa herbatę do szklanek oznacza szacunek jakim darzy swoich gościu – czym wyższej tym większy

Dalej nasz przewodnik ( na imię miał chyba Ahmed) zaprowadził nas do najbardziej znanej garbarni w mieście – garbarni Szawara – większość zdjęć w przewodnikach pochodzi właśnie stamtąd.

Garbarnia widziana z góry

Garbarnia widziana z góry

Wyrabiane są tam różnego rodzaju wyrobu ze skóry – od płaszczy poprzez torebki, buty a także siedzenia dla kotów (nie wiem jak to się nazywa). Produkcja nadal przebiega w bardzo tradycyjny sposób, wszystkie prace wykonywane są ręcznie i zazwyczaj przy użyciu naturalnych barwników. Najbardziej znane garbarnie są to zazwyczaj prowadzone przez wiele lat rodzinne biznesy. Panuję tam bardzo nie przyjemny zapach, dlatego odwiedzającym je turystom dawane są liście mięty.

M23

M24

Przy użyciu specjalnych kadzi z różnymi barwnikami, skóry moczone są w nich i nabierają odpowiedniego koloru, a później suszone przez kilka tygodni .

M25

Suszenie skór na zboczach wzgórza

Suszenie skór na zboczach wzgórza

Po obejrzeniu rzemieślników w pracy od razu jesteśmy zaproszeni do jednego z wielu sklepów znajdujących się przy garbarni oferujących ich produkty.

M27 M28 M29

Pomimo tego, że bardzo nachalnie byliśmy zachęcani do kupna czegokolwiek, a właściciel obniżył cenę o kilkaset procent niczego nie kupiliśmy dlatego przy wyjściu musieliśmy zapłacić po 10dirhamów osobie, która oprowadzała nas po garbarni –Ahmed w tym czasie czekał przed sklepem.

W każdym razie na pewno warto jest kupować tam skórzane towary, po dobrych negocjacjach można kupić je naprawdę tanio, a jakość jest bardzo wysoka.

Resztę dnia spędziliśmy błąkając się po uliczkach medyny co jest atrakcją samą w sobie. Czasami odnalezienie się zajmuję sporo czasu, a czasami jest wręcz niemożliwe dlatego trzeba kogoś prosić o pomoc (oczywiście nie bezinteresowną).

Ciekawostką jest, że za każdym razem, gdy prosiliśmy kogoś o pomoc albo ktoś oferowała nam, że nas oprowadzi nigdy nie szedł równo z nami tylko 10-20 metrów przed nami. Spowodowane jest to obawą przed policją, która stara się zapobiegać naciąganiu turystów. Gdy policjant zobaczy osobę oprowadzającą obcokrajowców, a nie posiadającej do tego uprawnień często każe jej odejść i nie zaczepiać turystów.

Drugiego dnia w Fezie postanowiliśmy wyjść poza mury Fas-al-Bali i pójśćię na wzgórza, zaraz za murami starego miasta, na których znajdują się Grobowce Marynidów – dynastii panującej w Maroko między XII, a XV wiekiem. Same ruiny nie stanowią wielkiej atrakcji, ale jest z nich piękny widok na medynę, a także okolicę Fezu.

M30 M31

Widok na medynę Fezu i wzgórze, na którym znajdują się Grobowce Marynidów

Widok na medynę Fezu i wzgórze, na którym znajdują się Grobowce Marynidów

Na wzgórzu spotkaliśmy miłego pana, któremu udało się namówić mnie do kupienia … torebki z koziej skóry jako prezent dla moich sióstr (wietrzyły ją 2 miesiące zanim zaczęły używać).

W Fezie, jak w każdym marokańskim mieście, znajdują się suki czyli targowiska. Podzielone są one tematycznie. Nas oczywiście najbardziej interesowały te z jedzeniem. Próbowaliśmy wiele przeróżnych i dziwnych rzeczy, ale i tak najbardziej smakowały nam ciasta i ciasteczka, które można było kupić prawie wszędzie, a do tego świeżo wyciskany sok pomarańczowy – pyszności. Najlepsza była w tym Ewelina, która podchodziła do prawie każdego straganu i rozmawiała ze sprzedawcą, który zawsze częstował ją tym co sprzedawał, a gdy zdecydowała się w końcu co kupić była już najedzona J

Z fezu pojechaliśmy do Rabatu – stolicy Maroka. Jest to zdecydowanie mniejsze miasto niż Fez czy Marakesz, nie wspominając o ogromnej Casablance. Miasto jest nowoczesne i zadbane, przy czym w przy wybrzeżu znajduje się bardzo dobrze zachowana, nie zbyt wielka, medyna i kasba al-Udaja, otoczonych Murami Almohadzkimi, które są jednymi z najładniejszych fortyfikacji w kraju.

W starej części znajdują się także najtańsze hotele, tak więc tam się zatrzymaliśmy. Była to bardzo dobra lokalizacja – blisko do oceanu i Kasby, a także Meczetu Hassana.

Po znalezieniu noclegu udaliśmy się w stronę wybrzeża, w po drodze spotkaliśmy panie wykonujące tatuaże henną, które wszyscy sobie zrobiliśmy.

tatuaże dziewczyn

tatuaże dziewczyn

Mój tatuaż - skorpion chwilę po wykonaniu

Mój tatuaż – skorpion chwilę po wykonaniu

Spędziliśmy tam trochę czasu spacerując po falochronie i obserwując zachód słońca.

M35 M36 M37

Następnie poszliśmy w stronę meczetu Hassana i Mauzoleum Muhammada (ojca obecnego króla Maroka). Po drodze wstąpiliśmy oczywiście wypić sok pomarańczowy, a Ewelina przeszła kurs wyciskania pomarańczy.

M38

Po zwycięstwie nad Hiszpanami pod koniec XII wieku ówczesny sułtan rozpoczął budowę ogromnego meczetu, który zostałby jednym z największych na świecie. Niestety kilka lat po rozpoczęciu prac sułtan zmarł, a budowę przerwano. Nieukończony meczet przetrwał do XVI wieku; wtedy to miało miejsce trzęsienie ziemi, które zniszczyło dużą część meczetu pozostawiając tylko ruiny i wieżę Hassana, która widoczna jest z prawie każdego miejsca w Rabacie.

M39 M39B

Drugie dnia w Rabacie zwiedziliśmy Kasbę al-Udaja, a także spacerowaliśmy po nowej części miasta; wieczorem pojechaliśmy do Asili – popularnego kurortu niedaleko Tangeru.

Brama wejściowa do Kasby al-Udaja

Brama wejściowa do Kasby al-Udaja

uliczki wewnątrz Kasby

uliczki wewnątrz Kasby

M42

Do Asili dojechaliśmy późnym wieczorem, ostatnim pociągiem kursującym tego dnia. Dworzec znajduję kilka kilometrów od centrum, więc nie mieliśmy jak się tam dostać. W podobnej sytuacji było jeszcze sporo osób, ale z pomocą przyszedł nam kierowca małego busa, który zgarnął wszystkich (każdy praktycznie na kimś leżał, miejsc było 8, a pasażerów około 20) i zawiózł do miasta. Zaproponował również wynajęcie swojego mieszkania na 2 noce, co było nam bardzo na rękę, gdyż nie musieliśmy niczego szukać.

Następnego dnia niestety pogoda nam nie dopisała (w końcu był to luty); niesamowicie wiało i padał deszcz, dlatego też większość dnia nie wychodziliśmy z mieszkania. Dopiero gdy pogoda uległa poprawie wyszliśmy przejść się po mieście i falochronie, a do tego kupić następną porcję ciastek, które sprzedają wszędzie.

M43 M44 M45 M46

Po południu natrafiliśmy na jakąś paradę. Niestety nie mieliśmy pojęcia co świętowali (16 luty). Na ulicach pojawili się grający na cymbałkach zwanych ,,krakeb’’, grający hipnotyczne i transowe dźwięki muzycy gnawa. Podążaliśmy za tłumem i przez jakieś 2 godziny słuchaliśmy i przyglądaliśmy jak bawią się Marokańczycy.

M47 M48 M49 M50

W trakcie pokazu podeszła do nas bardzo sympatyczna pani, która prowadziła nas przez tłum i dbała abyśmy mieli dobry widok i nikt nas nie zaczepiał. Mimo, że nie mówiła ani słowa po angielsku, a my po francusku zaprosiła nas później do swojego domu na herbatę. Spędziliśmy u niej około godziny próbując dowiedzieć się czegokolwiek o sobie, pokazując w większości rękami o co nam chodzi.

Nie wiem w jaki sposób, ale dogadaliśmy się również z jej mężem, że następnego dnia o poranku zawiezie nas na lotnisko.

M51

Po wypiciu herbaty dziewczyny, udały się do mieszkania ja natomiast postanowiłem obejrzeć mecz ligi mistrzów. Poszedłem do jednej wielu z kawiarni, w której oczywiście byli sami mężczyźni. Gdy wszedłem do środku wszyscy zaczęli się na mnie gapić, co było naprawdę dziwnym uczuciem. Szybko podeszła do mnie osoba sprzedająca w tym lokalu i zapytała co chciałbym do picia (cola, sprite, herbata) i jakie ciastko do tego

Po zakończeniu wróciłem do mieszkania, pod którym musiałem koczować około pół godziny zanim dziewczyny otworzyły mi drzwi, za co byłem im oczywiście bardzo wdzięczny.

Następnego dnia wczesnym rankiem przyjechał po nas maż pani, którą poznaliśmy dzień wcześniej i zawiózł na lotnisko i tak dobiegła moja pierwsza wizyta w Maroko.

Maroko jest ogólnie niesamowitym krajem – jednym z moich ulubionych. Można tam znaleźć wszystko – od żywych, pełnych historii i zabytków miast poprzez pustynię, piękną linie brzegową, plaże po wysokie, malownicze góry i pyszne jedzenie. Niestety pierwszy wyjazd był słabo zaplanowany i tak naprawdę jedyne miejsce, które zrobiło na mnie duże wrażenie był Fez, a także świetne jedzenie. Nie wzięliśmy również pod uwagę pogody, która poza Fezem też nie była naszym sprzymierzeńcem dlatego wracałem z Maroko trochę rozczarowany, ale wiedziałem już, że szybko do niego wrócę i tym razem dużo lepiej zaplanuję trasę i plan wycieczki.

Nastąpiło to bardzo szybko bo już w następnym miesiącu wróciłem do Maroko, ale o tym już w następnym wpisie.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *