Chittagong i cmentarzysko statków

21.04.16

Na ogromny i zatłoczony dworzec w Dhace odwozi mnie kolega Newaza – Nafis.

– wiesz kiedy jest następny pociąg? – pytam

– w sumie to nie mam pojęcia, ale zaraz zapytam kierowcę – odpowiada Nafis i po chwili dodaje –  ponoć następny jest o 12, więc będziesz miał ponad godzinę czekania. Widzisz po co zaprzątać sobie głowę takimi informacjami skoro zawsze możesz zapytać swojego prywatnego kierowcę.

Po przejechaniu przez ogromne korki docieramy na miejsce. Nafis wysyła kierowce, żebym nie musiał przebijać się przez tłum ludzi i kupuje mi bilet. W krajowych kolejach dostępne jest 7 klas przedziałów – od najtańszych, z małymi oknami, drewnianymi ławkami, bez rezerwacji miejsc, do w pełni klimatyzowanych wagonów z wyżywieniem, łóżkami i obsługą.

Na najbliższy pociąg do oddalonego o trochę ponad 200 km Chittagong pozostały tylko wolne miejsca w najtańszym przedziale i taki mam bilet. (koszt około 12 zł).

Wchodzę jako jeden z pierwszych do wagonu, więc mam miejsce siedzące. W wagonie jest jak w piecu, a przez małe okna wpada niewiele powietrza.  W takich warunkach trudno jest oddychać, a do tego na zewnątrz, w środku dnia jest około 40 stopni.

DSCF4687 DSCF4684

Sytuacja nieznacznie poprawia się, gdy pociąg w końcu z półgodzinnym opóźnieniem rusza. Zdecydowanie nie jest to zbyt przyjemna podróż. Dopiero po 2-3 godzinach w wagonie ludzi stopniowo zaczyna ubywać więc mogę zająć najlepsze, strategiczne miejsce w otwartych drzwiach przedziału.

Po wyjeździe z Dhaki krajobraz jest raczej jednolity – płaski teren, dużo pól ryżowych, a na większości właśnie trwają ,,ryżokosy”. Próbuje porozmawiać z moimi sąsiadami, ale wszystko kończy się tylko na uśmiechaniu się do siebie.

DSCF4699 DSCF4701DSCF4693 DSCF4714DSCF4720 DSCF4734 DSCF4736 DSCF4738 DSCF4744

Do Chittagong docieram gdy jest już ciemno, około 21. Wcześniej znalazłem hosta – Ilse – dziewczynę, która wraz ze swoimi francuskimi znajomymi mieszka w drugim co wielkości mieście w Bangladeszu. Żeby było śmieszniej okazało się, że Ilse i Romain to dobrzy znajomi Davida, mojego kumpla z Tajwanu. Świat jest taki mały…

Po opuszczeniu pociągu dostaje wiadomość od Ilse, że dzisiaj wszyscy zebrali się w pubie, jednym z nielicznych, w którym można w muzułmańskim Bangladeszu dostać alkohol. Budynek jest zaraz obok dworca. Szybko odnajduję miejsce i witam się z ponad dwudziestoosobową, już lekko wstawioną grupą. Poznaję chyba większość obcokrajowców zamieszkujących miasto.

Większość poznanych osób to Francuzi pracujący dla Decathlonu. Jak już wcześniej pisałem, Bangladesz to ogromny producent ubrań. Swoje fabryki mają tutaj największe znane marki. We Francji powstał nawet specjalny program, który zachęca młodych ludzi do pracy we francuskich firmach poza granicami kraju, często w bardzo egzotycznych miejscach. Dostają tam stanowiska, o których mogliby tylko pomarzyć we Francji, często kierownicze. Muszą brać na siebie sporą odpowiedzialność, nie mając prawie żadnego doświadczenia, ale za to ich zarobki odpowiadają tym samym jakie na tych pozycjach mieliby w swoim kraju.

22.04.16

Rano wychodzę na miasto. Nie jest już tak tłoczno jak w Dhace i też nie robi tak niesamowitego wrażenia, ale widzę kilka ciekawych rzeczy, np. kołoworotek dla dzieci na korbę … :O 🙂

DSCF4757

DSCF4758

DSCF4761
Jem śniadanie i kieruję się w stronę zatoki. Właśnie w Chittagong znajduję się największy port w kraju, stąd wypływają wielkie transporty ubrań na cały świat. Nabrzeże wygląda bardzo podobnie jak rzeka w Dhace.

DSCF4764 DSCF4765 DSCF4779 DSCF4780

DSCF4786 DSCF4787 DSCF4789 DSCF4791 DSCF4794DSCF4800DSCF4804

W porcie zostaję dosłownie zaatakowany przez około trzydziestoosobową grupę dzieci, które  biegną w moim kierunku krzycząc ,,selfie, selfie, selfie” i napierają z taką siła, że aż się przewracam.

DSCF4811 DSCF4814

DSCF4818

 

Po południu wyjeżdżam autobusem poza miasto do miejsca, dla którego tutaj przyjechałem – złomowej stoczni (shipbreaking yard).

Żywotność statków to zwykle 25-35 lat, po tym czasie ich dalsze eksploatowanie przestaje się opłacać. Utylizacja statków jest bardzo kosztowna i w krajach wysoko rozwiniętych może być nawet bardziej kosztowna niż sama produkcja statku!

Dlatego już w latach 60-tych ubiegłego wieku zaczęły powstawać takie miejsca jak Faujdarhat obok Chittagong, czyli ogromne stocznie, które rozbierają ogromne kolosy na małe części. Obok Bangladeskiej stoczni największe znajdują się w Indiach, Pakistanie i Chinach.

Biznes rozrósł się bardzo szybko, armatorzy zamiast płacić za rozbiórkę statków postanowili na tym zarabiać. Waga średniej wielkości statku to 40.000 ton,  cena jaką armator dostaję za jego złomowanie to około 500 dolarów za tonę, co w sumie daje  kilka milionów za niepotrzebny  statek. Stocznie złomowe ulokowano w krajach z najtańszą siłą roboczą i z mało restrykcyjnym prawem ochrony środowiska – miejsca, gdzie powstały to jedne z najbardziej zanieczyszczonych rejonów na ziemi.

W ostatnich latach problem  był poruszany przez światowe media i eko-organizacje jak Greenpeace. Warunki pracy trochę się poprawiły, niektórzy armatorzy zaczęli wybierać dużo droższe, ale bardziej ekologiczne sposoby utylizacji statków. Nie zmienia to jednak faktu, że biznes złomowy dalej ma się dobrze, a w samym Faujdarhat pracuję 200.000 ludzi!

tumblr_n9gs42s1u01sulipco6_1280

widok na część Faujdarhat

Ze względu na kontrole, bezpieczeństwo i zainteresowania świata tym co dzieje się w stoczni nie jest już tak łatwo jak wcześniej wejść na teren przedsiębiorstw , które zostały ogrodzone płotami, bramami i 24h na dobę są strzeżone  przez ochroniarzy.

,,Cmentarzysko” rozciąga się na długości 13 km. Po przeanalizowaniu mapy na google.maps. udaje się do miejsca, gdzie takich zakładów jest najwięcej. Po kilu minutach spaceru z głównej drogi w stronę Dhaki i już jestem przy bramie pierwszego z zakładów.

DSCF4832

DSCF4831 DSCF4842

Ochroniarz, z którym rozmawiam o dziwo pozwala mi wejść do środka. Mam kilka minut żeby pooglądać ogromne statki i ich części rozrzucone po nabrzeżu. Jest piątek, więc ludzie nie pracują.

DSCF4836 DSCF4821 DSCF4845

Niestety ochroniarz zauważa, że fotografuję i muszę opuścić teren zakładu. Idę wzdłuż płotu odgradzającego miejsce pracy od wąskiej ulicy, pytam w kilkunastych następnych przedsiębiorstwach o pozwolenia na wejście do środka, ale już nikt nie zgadza.

Zostaje mi tylko podglądanie przez oddzielające mury. W końcu dochodzę do miejsca, gdzie znajdował się inny zakład, który został zamknięty i teraz porastają go już tylko krzaki. Widzę wychodzących stamtąd ludzi i postanawiam sprawdzić co tam się dzieje.

Okazuje się, że to dróżka prowadzącą prosto do nabrzeża, z którego doskonale widać kilka ogromnych statków.

DSCF4880

DSCF4854 DSCF4866 DSCF4870 DSCF4873 DSCF4876

Później dalej spaceruję wzdłuż wybrzeża podziwiając kolejne ogromne szkielety statków.

DSCF4885 DSCF4886 DSCF4888 DSCF4890Żałuję trochę, że tego dnia nie mogę zobaczyć jak wygląda dzień pracy w stoczniach. Rozważam nawet powrót następnego dnia, ale ostatecznie, głównie ze względu na pogodę, nie mogę tego zrobić.

Wracam do ekskluzywnego mieszkania Ilse i Francuzów. Okazuje się, że dzisiaj odwiedzają ich znajomi. Spóźnione przychodzą dwie młode, piękne siostry – Palestynki ze strefy Gazy!

Przebywają w Chittagong na wymianach studenckich sponsorowanych przez ONZ. Przez większość wieczoru jedna z nich opowiada mi swoją historię – o dorastaniu w ponad dziesięcioosobowej rodzinie, w jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi. O tym, jak izraelskie rakiety zniszczyły ich dom rodzinny, studiach w USA, pobycie w Bangladeszu i tym, jak się tutaj dostały. Najbardziej w pamięć zapadła mi historia o reakcji jej mamy na wieść o wyjeździe do Bangladeszu. Wyglądała mniej więcej tak:

– mamo, wyjeżdżam na studia do Bangladeszu

– ale tam jest niebezpiecznie, nie chcę żebyście tam jechały

– Mamo, my mieszkamy w Strefie Gazy, przecież nigdzie nie może być gorzej…

– no w sumie masz racje….

23.04.16

Kolejnego dnia wyjeżdżam z Chittagong i kieruje się w stronę, o ile można to tak w ogóle nazwać, najbardziej turystycznego miejsca  w kraju, czyli ogrodów herbaty w okolicach Srimangal.

dscf4913 dscf4914 dscf4921 dscf4965 dscf4972 dscf4975

W Bangladeszu zostaję jeszcze ponad tydzień – jeżdżę na  rowerze po polach herbaty i ananasów, pływam parowcem po rzekach Banlgadeszu i, naturalnie z przygodami na granicach, przejeżdżam do Indii. Niestety w do tej pory niewyjaśnionych okolicznościach tracę wszystkie zdjęcia, wiec dalej relacji z Bangladeszu już nie będzie.

Bardzo polecam kraj osobom, które chcą zobaczyć coś ,,off the beaten path”. Wiele przygód i niespodzianek gwarantowane;)

 

 

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Dajana napisał(a):

    Arno!!! Nie miałam pojęcia!!! Ale mega wypad!!!! ZAZDRO!!! I w ogóle jak wypoważniałeś na twarzy!!! Szkoda, że straciłeś resztę zdjęć!!! Trzymaj się mordo!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *