Birma: Hsipaw i okolice

04.05.15

Był to całkiem inny dzień niż poprzednie. Jednym słowem odpoczynek. Najpierw śniadanie i nic nie robinie prawie do 12. Następnie spacer 4 km nad wodospad poza miastem, nad który aby się dostać trzeba przejść przez …cmentarz (dużo chińskich grobowców), dalej przez wysypisko śmieci, aż w końcu drogę, która wiedzie przez liczne pola, strumyki, pojedyncze domki birmańczyków. Spacerując spotykamy wiele bawołów, które leniwie leżą w wodzie, w cieniu pod drzewami, ewentualnie jedzą w ogóle się przy tym nie poruszając. Sami także zaliczamy kąpiel w jednej z rzek i trafiamy pod wodospad, którego… nie ma. Jest środek pory suchej – niestety mamy pecha.

IMG_6061 IMG_6066IMG_6090 IMG_6095

IMG_6105

IMG_6112

wodospad, którego nie ma…

 

Dalej przez pobliskie pagórki kierujemy się w stronę zaznaczonych na mapie gorących źródeł, których nie znaleźliśmy, ale trafiliśmy do jakiejś wioski , a następnie leżeliśmy odpoczywając w kolejnej rzecze. Wracając do Hsipaw obserwowaliśmy życie mieszkańców, którzy myli się w rzecze, robili pranie. Zaczepiało nas wiele dzieciaków, machały, podchodziły do nas, ciągle się uśmiechając.

IMG_6122

IMG_6142

IMG_6127

bananowce

IMG_6122

IMG_6146

odpoczynek kierowcy…

 

IMG_6152

super proste tory xD

 

Będąc już na głównej drodze nagle z Miloszem, w tym samym momencie, zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy się gapić na drogę jakby tam wydarzył się jakiś cud – w tej samej chwili przejeżdżało 5 ciężarówek i 3 autobusy. Tego w Birmie jeszcze nie widzieliśmy.

W Hsipaw jest trochę turystów. Większość spędza czas głównie w jednym miejscu– Mr Food, pomimo, że lokalnych restauracji jest kilkadziesiąt i są dużo tańsze.

05.05.15

Dzień zaczęliśmy od wizyty w banku. Jeszcze 2 lata temu nie było w kraju żadnego bankomatu, a teraz można je znaleźć w każdym, nawet małym mieście. Bank znajduje się w nowym budynku. W środku było tylko kilku klientów i 21 pracowników! Z Czego 6-7 z nich zajmowało się tylko liczeniem pieniędzy. Na stole leżały stosy pieniędzy – najwyższy nominał to równowartość około 20 zł, więc pracy mają sporo.  Przy głównych drzwiach stało 2 pracowników ochrony, którzy otwierali drzwi klientom i ich witali, a jeden z nich miał parasolkę (było bardzo gorąco) i odprowadzał kobiety do następnego sklepu/ samochodu.

Jpeg

Po wymianie pieniędzy wypożyczyliśmy rowery – chcieliśmy terenowe, ale w całym miasteczku było to niemożliwe, dlatego musieliśmy zadowolić się najzwyklejszym modelem. Najniższe ceny miał Lili Guesthouse – 2000 kyat – nie potrzeba żadnych dokumentów, ani zostawiania depozytów.

Sprawdziliśmy hamulce, ogólny stan rowerów i ruszyliśmy w trasę. (można także wypożyczyć skutery/motory terenowe 8000-20000 kyat).

W okolicy Hsipaw jest 30-40 kilometrowa popularna trekingowa trasa, która prowadzi przez kilkanaście wiosek plemienia szan i okoliczne góry. Biura turystyczne organizują w tym rejonie 3-dniowe wycieczki. Natomiast naszym planem było pokonanie tej trasy na rowerach w jeden dzień . Wiedzieliśmy, że będzie ciężko, szczególnie, że nasze jednoślady nie były w żaden sposób przystosowane do jazdy po takim terenie. Jeszcze na głównej drodze Milos zaliczył pierwszą – jak się okazało ostatnią wywrotkę, gdy nagle spadł mu łańcuch. Trochę się poobcierał, ale z pomocą przyszedł mężczyzna mieszkający w pobliżu – użyczył kluczy i mój kolega naprawił rower.

Kolejne  godziny spędziliśmy prowadząc nasze rowery pod górę i klnąc pod nosem, co za debilny pomysł przyszedł nam do głowy. Wzięliśmy ze sobą tylko po 1 litrze wody i żadnego jedzenia, oczekując możliwości kupienia wszystkiego w wioskach, ale nie było to możliwe. Głodni i spragnieni kontynuowaliśmy trasę. Gdy  w pewnym momencie znaleźliśmy kran cieszyliśmy się jak dzieci i korzystając z bubble bottle – butelki z filtrem węglowym, uzupełniliśmy nasze zapasy i napiliśmy się.

IMG_6166

IMG_6174

widoki z trasy

 

Po ponad 3 wyczerpujących godzinach dotarliśmy do wioski, w której spotkaliśmy europejkę – Francuzkę! Okazało się, że wyszła za mąż za jednego z lokalnych przewodników. Jej nowa rodzina przyjmuje turystów i zaoferowała nam obiad – cud!:) Zjedliśmy 2 porcje i rozmawialiśmy ponad godzinę. Dziewczyna opowiadała nam o swoim życiu w Birmie, gdzie mieszka już od ponad roku, o tym jak duże zmiany zaszły od kiedy przyjechała tu po raz pierwszy 2 lata temu – obecnie wszędzie są bankomaty, wiele nowych hoteli, sklepów itd. Sama pomaga mężowi oprowadzać wycieczki i uwielbia chodzić po górach. Co nas bardzo ucieszyło, powiedziała, że znajdujemy się w najwyższym punkcie na trasie (1100-1200m n.p.m.) i teraz czeka nas tylko droga w dół. (Hsipaw znajduje się na 400m.n.p.m.).

dom rodziców chłopaka francuski

dom rodziców chłopaka francuski

Zjazd z góry był czystą przyjemnością i wielką frajdą, trwał ponad 2 godziny. Na początku zjechaliśmy z głównej drogi  przejeżdżając przez malutkie wioski, tarasy ryżowe i  gubiąc się co chwila. Raz na drodze leżało wielkie podpalone drzewo, które musieliśmy przeskoczyć, a także przejść przez dwa strumyki. Spotkaliśmy kilku farmerów zajmujących się swoim dobytkiem. Na koniec niespodziewanie wyjechaliśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy wczoraj po południu – więc wzięliśmy następną kąpiel w rzecze. Wracając już do Hsipaw trzeba przejechać przez rzekę, aby wrócić na główną drogę (miejsce kąpieli mieszkańców). Byliśmy tam świadkami niemiłej sytuacji. W tym samym momencie co ja przez rzekę przejeżdżała na skuterze młoda dziewczyna i przewróciła się. Nic jej się nie stało, ale zamoczyła telefon i skuter, który nie chciał później odpalić  – bardzo możliwe, że uszkodziła silnik ;/

IMG_6200 IMG_6209 IMG_6210 IMG_6215 IMG_6217 IMG_6219 IMG_6221 IMG_6222 IMG_6234 IMG_6236 IMG_6240

zachód słońca w Hsipaw

zachód słońca w Hsipaw

W Hsipaw najbardziej popularne miejsca wśród turystów to Mr Food (jedzenie), Mr Shake (koktajle, fast food), Mr Boat (wycieczki łódką), Mr Charles and Ms Lily (hotele). Bardzo ciekawie to sobie wymyślili i działa to naprawdę świetnie. Pomimo wielu innych lokali prawie wszyscy turyści odwiedzają te popularne miejsca.

Wieczorem pijąc shake’a wpadł mi do głowy genialny pomysł – chwilę przed tym jak przejeżdżaliśmy przez Gokteik widziałem sporo ludzi idących przez wiadukt, tak więc także zapragnąłem po nim się przespacerować.

06.05.15

Ciężka noc. Nie mogłem w ogóle zasnąć. Chyba pierwsza taka w Birmie. Problemy ze snem = problemy ze wstaniem, więc śniadanie skończyliśmy około 10 rano. Następnie wyszliśmy na drogę i po 2 minutach mieliśmy już transport na 60 km w okolice wiaduktu Gokteik, a żeby było śmieszniej to całą trasę siedzieliśmy w bagażniku, przy otwartej tylnej klapie! Kierowca zrobił w trakcie kilkunastominutowy postój i przed 12 byliśmy na miejscu.

IMG_6257 IMG_6256

Aby dostać się do wiaduktu przeszliśmy 2 kilometry  po torach, a następnie 2 krótkie tunele. Pociąg z Mandalay do Lashlo powinien przejechać już jakiś czas temu, a ten do Mandalay, czyli w kierunku, w którym podążaliśmy powinien być za około godzinę. Idąc po torach minęliśmy kilka domków, a na końcu tunelu siedziało kilka osób – nie mam pojęcia to tam robili. Przy drugim tunelu była pagoda, a także piękny widok na wiadukt. Zrobiliśmy kilka zdjęć i weszliśmy na wiadukt – 250 metrów dzieliło nas od rzeki płynącej w dolinie. Na Gokteik nie ma żadnych barierek, ale jest naprawdę szeroko, więc żadnego niebezpieczeństwa nie ma. Wieje dość silny wiatr i pomimo ponad 35 stopni było bardzo przyjemnie.

IMG_6261 IMG_6281 IMG_6288 IMG_6323

Usiedliśmy na krawędzi, a więc przed sobą mieliśmy tylko przepaść. Wykonaliśmy kolejną sesję zdjęciową. Gdy byliśmy już w połowie drogi na drugi brzeg na wiadukcie pojawili się inni ludzie. Oznaczało to, że niedługo powinien przejeżdżać pociąg, który po kilku chwilach zobaczyliśmy jak powolnie wjeżdża do pierwszego tunelu. Kilka osób zaczęło biec i nas też do tego zachęcali. W sumie byłaby to całkiem dramatyczna historia, gdyby nie fakt, że pociąg jedzie z prędkością ok.10-20 km/h, więc głównym powodem biegu było po prostu zdążenie na stację, która znajduje się kilkaset metrów od wiaduktu.

IMG_6386

takie tam na wiadukcie … 🙂

IMG_6342 IMG_6361 IMG_6392 IMG_6403

Jeden młody chłopak biegł w japonkach po samej krawędzi – ot codzienna rutyna, aby zdążyć na przejazd koleją! Chwilę wcześniej zanim ujrzeliśmy pociąg zapytałem jedną panią o zrobienie jej zdjęcia. Zgodziła się, a chwilę później biegła ile sił po torach, kilka razy się jeszcze potykając.

Gdy doszliśmy do końca cały skład właśnie wjeżdżał na Gokteik. Zająłem strategiczne miejsce na ceglanym murku, aby obserwować przejazd i zrobić zdjęcia. Lokomotywa bardzo powoli ciągnęła wagony przez tory, ale gdy była już na naszej wysokości wielu ludzi uśmiechało się do nas, machało, podnosiło kciuki w górze i krzyczało ,,you are fucking crazy!”;D

IMG_6408 IMG_6422 IMG_6429 IMG_6434 IMG_6437

Gdy tylko pociąg nas minął zaczęliśmy sprint z plecakami, aby przejechać jedną stację i wysiąść przy głównej drodze do Mandalay, co zaoszczędziłoby nam kilka kilometrów spaceru. Na szczęście plan się powiódł i wskoczyliśmy cali zasapani do wagonu … pierwszej klasy, chwilę przed samym odjazdem. Niedługo podszedł konduktor, policjant i jakiś mężczyzna. Udało nam się wytłumaczyć, że jedziemy tylko jedną stację – więc nawet nie musieliśmy kupować biletu –zamiast tego zrobiłem całej trójce zdjęcie.

IMG_6444

wagon pierwszej klasy...

wagon pierwszej klasy…

Pomysł z wiaduktem okazał się rewelacyjny i w świetnych humorach wróciliśmy na drogę, aby znaleźć się jak najbliżej Rangunu. Szybko zatrzymaliśmy samochód do Pyin oo Lwin – dawnego brytyjskiego kolonialnego miasta, które nam się bardzo podobało – poczuć można europejskie klimaty. W mieście były nawet kosze na śmieci! Wydostanie się z Pyin oo Lwin zajęło nam za to prawie godzinę, pomimo dużego ruchu na drodze. Najpierw osobówka, którą przejechaliśmy kilka km, a następnie pick-up już prosto do Mandalay. Droga w dół jest bardzo malownicza, widać otaczające drugie największe miasto w kraju góry, a że z był już wieczór mogliśmy też podziwiać zachód słońca.

Pyin OO Lwin

Pyin OO Lwin

IMG_6459IMG_6462IMG_6463IMG_6464

autostop na pick-upie pełnym kwiatów

autostop na pick-upie pełnym kwiatów

zachód słońca nad Mandalay

 

Wysiedliśmy przy wjeździe do Manadalay, zaryzykowaliśmy i postanowiliśmy wybrać boczne drogi, aby nie wjeżdżać do centrum miasta. Pomimo ciemności po 3 minutach jechaliśmy już 15 km do następnego skrzyżowania, tam znajdował się punkt poboru opłat, więc każdy samochód musiał się zatrzymać. Jeden z kierowców mówił po angielsku, ale nie jechał w naszym kierunku. Poprosiliśmy go natomiast, aby wytłumaczył osobom pobierającym opłaty na bramce, gdzie chcemy dojechać , a oni po kilku minutach sami nas zawołali i wskazali pick-up’a, który zawiózł nas do autostrady prowadzącej do Rangun.

Wjazd na autostradę to kolejne bramki poboru opłat – dla nas genialnie. Na drodze praktycznie nie było ruchu, ale już kierowca drugiego samochodu, który przyjechał zgodził się nas zabrać. Jechał prosto do oddalonego o ponad 500 km Rangunu, ale postanowiliśmy, że jeszcze następnego dnia odwiedzimy na chwilę nową stolicę kraju – Naypyidaw.

Jakość trasy łączącej dwa główne miasta Birmy zdecydowanie nie jest wysokich standardów. Ma 2 pasy w obie strony, czasami nawet 4 i więcej, ale jej nawierzchnia jest beznadziejna – głównie betonowa, dużo uskoków i nierówności, więc mimo pustej drogi nie można szybko jechać. Zazwyczaj kierowcy nie przekraczają 100 km/h. Sama autostrada nazywana jest autostradą śmierci, gdyż dochodzi na niej do wielu wypadków – Birmańczycy nie są przyzwyczajeni do jazdy ze sporą prędkością, a jedyne miejsce, w którym mogą to zrobić to właśnie odcinek Mandalay – Yangon. Wielu z nich rozwija duże prędkości  nie myśląc przy tym o oponach, które zazwyczaj są w katastrofalnym stanie (Birmańczycy wymieniają je dopiero jak całkowicie się zużyją albo wybuchną). Tak więc wystarczy jeden uskok, dziura w betonie i łatwo można stracić kontrolę nad pojazdem czego efektem jest lądowanie poza szosą, gdzie zazwyczaj nie ma żadnego pobocza.

IMG_6482

betonowa autostrada

IMG_6484

restauracja przy autostradzie

 

Nasz kierowca terenowego samochodu prowadził spokojnie i nie przekraczał 90km/h. Po godzinie jazdy zaprosił nas na posiłek, a w okolice stolicy (po 250km) dotarliśmy o północy. Wysiedliśmy koło następnych bramek, gdzie w zaparkowanych na poboczu pojazdach spało już wiele osób. Rozbiliśmy namiot i zasnęliśmy.

 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *