Birma: Mrauk U i przejazd do Bagan

28.04.15

Zmotywowani,aby spróbować dojechać do Mrauk U znowu wstaliśmy o 6 rano. 3-kilometrowy spacer poza miasto, zajęcie strategicznej pozycji pod drzewem  i obserwowanie drogi , gdzie prze godzinę nie przejechał nawet jeden samochód. Następne pół godziny – 2 samochody i w końcu trzeci, pick up, który zabrał nas aż 70 km do następnego miasta – Ann. Droga dalej przebiegała przez góry, częściowo bez asfaltu. Okazało się, że kierowca jechał aż do Mandalay – ponad 400 km, ale my planowaliśmy tam dotrzeć dopiero za 3-4 dni, więc z bólem serca odmówiliśmy, gdy zaproponowano nam dalszą jazdę.

IMG_5379

pagoda obok hotelu

IMG_5382

pani przygotowująca betel do żucia

IMG_5383

??

IMG_5384

jedna z wielu rzek o poranku

IMG_5387

kontrola paszportów w trakcie marszu poza miasto

IMG_5388

IMG_5390

początek drogi…

IMG_5397

pierwszy pick-up tego dnia

IMG_5399

toaleta….

IMG_5402

typowy widok na drodze wzdłuż wybrzeża

 

Następnie przeszliśmy Ann, miasto pełne żołnierzy, znajdowała się tam jednostka wojskowa. Jeden z nich nawet przyłączył się do nas i przeszedł 2-3 kilometry w drodze poza miasto.

Po pół godziny przejechał pierwszy samochód – bus z żołnierzami, nie byli zbyt chętni, aby nas zabrać, ale zaraz za nimi nadjechały 3 inne samochody, a jeden z kierowców terenowego samochodu zgodził się nas zabrać aż 175 km do Mrauk U. Pokonanie całej trasy zajęło tylko 3 godziny, nie zatrzymaliśmy się ani razu, a nawierzchnia drogi była naprawdę dobra. Najpierw trochę gór, a później betonowa droga, z pasami w obu kierunkach przez dolinę. Po raz pierwszy w Birmie jechaliśmy ponad 100 km/h,  a także widzieliśmy znak drogowy z ograniczeniem prędkości do 60 km/h!

IMG_5404

cegielnia…

IMG_5405

IMG_5412

autostop do Mrauk U

IMG_5417

widoki na trasie

IMG_5406 IMG_5428

O 14.30 byliśmy już na miejscu. Gdy wysiedliśmy z samochodu kierowca poprosił Milosza o 100 USD. Powiedziałem, że przecież zgodził się zabrać nas za darmo. Odpowiedział: ,,Ok, pięćdziesiąt”. Jeszcze raz powtórzyłem, że przecież zgodził się na darmową jazdę i tylko skinął głową, stwierdził, że wszystko ok i pojechał dalej.

Następnie znaleźliśmy hotel – polecany na Wikitravel – 10.000 kyat/doba. Wypożyczyliśmy rowery (2.000 kyat), które były tak beznadziejne, że odebrały nam później ochotę na zwiedzanie okolicy.

Mrauk U w dosłownym tłumaczeniu oznacza daleką północ. Obecnie jest to małe miasteczko, ale w okresie od XV do XVIII wieku było stolicą imperium Arakan, jednego z największych w historii świata. Mrauk U było bardzo ważnym ośrodkiem handlu pomiędzy Azją, a Europą.

Wraz z rozwojem miasta wybudowano mnóstwo pagód i stup, które są jedyną pozostałością po ówczesnej stolicy wielkiego imperium.

Miasteczko znajduje się daleko od centralnej części kraju i dostać się tam jeszcze do niedawna można było tylko samolotem- lot do Sittwe, a później kilku-godzinny rejs rzeką, jako że okoliczne tereny były na liście zagrożonych dla turystów i aby przez nie przejechać należało dostać odpowiednie pozwolenie, co było trudne do osiągnięcia i czasochłonne. Sytuacja uległa zmianie i teraz nie jest to skomplikowane.

Resztę dnia spędziliśmy jeżdżąc od  jednej świątyni/pagody  do następnej i wdrapując się na jedno ze wzgórz, aby obserwować zachód słońca. Świątyń w Mrauk nie ma tak dużo i można je naprawdę dość szybko zwiedzić.  Bardzo podobała nam się okolica Mrauk U, które położone jest w dolinie, otoczone licznymi górami i pagórkami, a do tego wieloma rzekami.  Nie wszystko było też tak wyschnięte jak w innych częściach kraju.

IMG_5437

podziemia pagody w Mrauk U

IMG_5446

bawiące się dzieci w Mrauk U

IMG_5451 IMG_5452 IMG_5458 IMG_5469 IMG_5483 IMG_5486 IMG_5491

IMG_5513

zmęczony Milos…

IMG_5518 IMG_5497 IMG_5510

Wieczorem udaliśmy się do lokalnej restauracji. Ciągle zaczepiała nas bardzo wesoła 9- letnia córka właścicieli restauracji. Przyniosła drzewo tanaki i wręcz zmusiła nas do pomalowania twarzy.

IMG_5533 IMG_5541 IMG_5543

29.04.15

Rano udaliśmy się w stronę południową od miasta w kierunku jeziora. Weszliśmy też na kilka wzgórz posągami buddy. Poszliśmy też do muzeum archeologicznego, które miało być za darmo wg wikitravel, ale okazało się, że trzeba kupić bilet za 5000, co zmieniło nasze plany. Tym bardziej, że muzeum to jeden, dość mały budynek.

Mraku U jest na pewno ciekawym miejscem, szczególnie jak ktoś interesuje się ruinami i archeologią. Wiele świątyń jest zachowanych w świetnym stanie. Nie ma ich zbyt wiele, szczególnie tych największych, do których można wejść i zwiedzać też podziemia. W okolicy znajduje się mnóstwo wzniesień, z których widać całą panoramę okolicy, a także wysokie góry. Samo miasteczko jest za to dość tłoczne, jest wiele wąskich ulic, straganów.  W porównaniu do miejsc, które do tej pory odwiedziliśmy wydaje się o wiele bogatsze – sporo murowanych domów, znacznie mniej tych pokrytych strzechą.

IMG_5561

Posąg Buddy i złote puszki po napojach energetycznych

IMG_5575

muzeum…

IMG_5580

targ w Mrauk U

IMG_5555 IMG_5566 IMG_5574

Po południu szybko wydostaliśmy się z Mrauk U. Najpierw kilka kilometrów ciężarówką, następnie 30 km dwiema osobówkami. Wysiedliśmy w miejscu, gdzie wytwarzane są słupy telekomunikacyjne. Obeszliśmy całą ,,fabrykę” przyglądając się jak ludzie, przy użyciu bardzo prostych maszyn je wykonują. Jadąc w stronę Mrauk U widzieliśmy też wiele miejsc, w których słupy były stawiane przy drodze i następne domki miały dzięki temu dostęp do prądu.

IMG_5591

IMG_5601

Przywiezione wcześniej kamienie najpierw rozdrabniane są na mniejsze…

 

IMG_5593

następnie za pomocą zwykłej betoniarki mieszany jest beton…

IMG_5596

a następnie zalewane są słupy.

 

Przy ,,betoniarni” spędziliśmy godzinę, w trakcie której nie przejechał żaden samochód, a nawet skuter. Totalne pustkowie, ale gdy w końcu coś nadjechało to mieliśmy transport od razu do Ann (140 km) – zabrała nas grupa młodych ludzi wracających do Rangunu z biznesowej podróży – sprzedawali japońskie toalety Toto … Gdy już dojechaliśmy do Ann i żegnaliśmy Birmańczyków dostaliśmy po małym ręczniku firmy Toto. Kierowca oczekiwał także jakiegoś prezentu z naszej strony, ale że nie posiadaliśmy niczego, więc wziął od nas kilka … bananów, aby zachowana była tradycja – jeśli ktoś daje prezent należy także odwdzięczyć się jakimś podarunkiem.

IMG_5610

IMG_5608

ekipa z Rangunu

IMG_5612

pamiątkowe zdjęcie

IMG_5617

3- kilometrowa podwózka przez Ann

 

Do zachodu słońca zostały jeszcze 2 godziny, więc mieliśmy nadzieję, że tego dnia przejedziemy przez góry w stronę Bagan. Niestety przez ten czas nic nie udało się zatrzymać, więc noc musieliśmy spędzić w Ann. Sprawdziliśmy ceny w 3 guesthousach, ale najniższa zaoferowana cena to 14000 kyat za pokój, więc stwierdziliśmy, że śpimy w namiocie. Weszliśmy na górkę tuż obok miasta, na której znajdował się monastyr, a obok bambusowa chata. Zapytaliśmy jednego mnicha, wskazując na nasz namiot czy możemy tu przenocować – skinął głową zgadzając się. Usnęliśmy już przed 22.

30.04.15

Rano niespodziewanie, gdy składaliśmy namiot podeszło do nas około 10 osób, w tym 2 ,,imigracyjnych”. Przyjaźnie zapytali skąd i dokąd jedziemy. Zrobili zdjęcia naszych paszportów i zniknęli. My zjedliśmy śniadanie i spacerując opuszczaliśmy miasteczko, czekając na kolejny transport przez góry, aby dotrzeć już do centralnej części kraju.

IMG_5623

IMG_5625

kontrola paszportów

Pierwszym samochodem jaki nas zabrał jechał młody chłopak z Kambodży, który pracuje w telekomunikacji. Przejechaliśmy z nim 40 km. Chłopak mówił bardzo dobrze po angielsku, więc przez całą drogę prowadziliśmy dyskusję i zadawaliśmy wiele pytań. W miejscu, do którego dojechaliśmy był tylko punkt kontrolny i kilka chatek- restauracji. Chłopak przyjechał spotkać się z właścicielem jednej z nich, więc także i nas zaproszono, aby usiąść i razem napić się coli. Znowu mieliśmy szczęście, bo następny transport załatwił nam właśnie właściciel tego miejsca – akurat zatrzymali się następni jego znajomi i zgodzili się nas wziąć, aż do Magwe (130 km). Trasa Ann – Magwe to niekończące się serpentyny – 170km, które jadąc naprawdę dobrym tempem zajęły nam ponad 4 godziny. Góry nie są wysokie – najwyższe szczyty mają około 1000 metrów, ale wydaje się, że jesteśmy dużo wyżej. Widoki są genialne – nie ma żadnych budynków,  jedynie wąska, asfaltowa droga i  otwarta przestrzeń z bardzo dobrą widoczność na wiele kilometrów.

IMG_5639

IMG_5645 IMG_5648 IMG_5660

IMG_5658

 

Po przejechaniu najwyższej przełęczy krajobraz uległ znacznej zmianie – mało zieleni, wszystko bardzo suche, niskie krzewy, wyższa temperatura, suche powietrze, że ciężej było oddychać, czuliśmy się jakbyśmy dotarli na pustynię.

W Magwe byliśmy o 14.30. Miasto różni się całkowicie od tych, które widzieliśmy nad zatoką – tylko murowane budynki, dużo ludzi na ulicach, samochody na drogach. W porównaniu  do wybrzeża dużo bardziej rozwinięte.

Podziękowaliśmy za transport i idąc przez miasto szukaliśmy miejsca, aby coś zjeść. Po chwili zatrzymał się pick –up, którym jechał biały mężczyzna i zapytał czy może nam jakoś pomóc. Zdziwił się, że zobaczył innych europejczyków, bo nie często się to zdarza. Wytłumaczyliśmy, że jeździmy na stopa i chcemy wydostać się poza miasto. Chętnie zgodził się nas podrzucić 3 km w stronę Bagan.

Na miejscu, gdy już miał wracać do miasta, zapytał nas czy nie jesteśmy głodni, bo on właśnie jedzie coś zjeść, a że byliśmy super głodni to za chwilę wróciliśmy znowu na pick-up’a i jechaliśmy do jego ulubionej restauracji.

Mężczyzna miał na imię Alex, pochodził z Bukaresztu i pracuje w Magwe od kilku miesięcy dla jednej, oczywiście telekomunikacyjnej firmy. Z tego co mówił zarabia bardzo dużo pieniędzy. Jego firma rok temu wprowadziła internet 3G do Birmy i ponoć teraz wszystko działa szybko i sprawnie. Alex podzielił się swoimi wrażeniami z mieszkania w Birmie, dał kilka wskazówek, nie zgodził się, abyśmy płacili za obiad, a później podwiózł nas na główną drogę w stronę Bagan.

Od Alexa dowiedzieliśmy się też trochę o zarobkach mieszkańców Magwe. Wg Rumuna zwykły rolnik, pracownik fizyczny zarabia około 150 USD miesięcznie, kierowca ciężarówki 400$, a pracownicy w jego firmie (inżynierzy) nawet 800-900 USD. Z Birmy nie można wysyłać pieniędzy za granicę, co odstrasza wielu inwestorów. Jest tylko specjalna umowa z Singapurem i w ten sposób większość firm obchodzi ten przepis.

Następny kierowca był policjantem, przejechaliśmy z nim kilka kilometrów, ale po kilku minutach zatrzymaliśmy się, aby odwiedzić jego rodzinę, która zajmowała się … rozdrabnianiem kokosów (?!). W sumie to do końca nie wiemy co robili. Poczęstował nas wspomnianymi kokosami i czymś jeszcze, czego nie mogliśmy zidentyfikować. Przedstawił też wszystkie osoby po czym pojechaliśmy dalej…

IMG_5668

IMG_5664

Dalej podróżowaliśmy pick-up’em z ogromną liczbą bambusów na dachu, ale że wyprzedzały nas nawet muchy to po kilku kilometrach podziękowaliśmy i czekaliśmy na coś szybszego idąc wzdłuż drogi. Zobaczyliśmy wielką, całkowicie wyschniętą o tej porze roku rzekę.

IMG_5672 IMG_5675

Kolejne miasto na trasie to Yenankyaung, gdzie obserwowaliśmy przedziwną paradę – na początku szły ładnie ubrane panie, następnie dzieci na koniach/krowach, udekorowane byki, coś co grało i tańczyło gangnam style – interesujące połączenie, ale co świętowali nie mamy pojęcia.

IMG_5676 IMG_5681 IMG_5682 IMG_5687

kolejny ciekawy znak drogowy, tylko co oznacza?

kolejny ciekawy znak drogowy, tylko co oznacza?

Z miasta do Bagan prowadzą 2 drogi. Chcieliśmy wybrać główną i dotrzeć do Nyaung U, ale nasz kolejny kierowca jechał do Czauk, więc wybraliśmy drugą opcję. Do Bagan ostatecznie nie dojechaliśmy tego dnia, ale zostało tylko 30 km. Bagan jest chyba najbardziej turystycznym miejscem  w Birmie, dlatego noclegi także są najdroższe, więc planowaliśmy spać tam w namiocie, a przenocować w hotelu w ostatnim mieście przed Bagan. W Chauk znajdowały się 4 hotele, ale wszystkie były pełne – tego dnia Birmańczycy mieli jakieś święto…

Jako, że nigdzie nie chciano nas przyjąć postanowiliśmy wypróbować pomysł, który wpadł mi na myśl kilka dni wcześniej – obcokrajowcy nie mogą spać na zewnątrz, więc policja/imigracyjni muszą nam jakiś nocleg zapewnić … Ciekawi byliśmy jak rozwiążą ten problem i czy na pewno hotele nie mają żadnych wolnych pokoi.

Nie mogliśmy znaleźć imigracyjnych, więc poszliśmy na posterunek policji. Główny zmiany zaczął przyglądać nasze paszporty. Spędził 15 minut dosłownie gapiąc się na nie. Zadzwonił do kogoś. Po kolejnych 15 minutach przyszedł drugi policjant, z którym udaliśmy się do odwiedzonych wcześniej miejsc – brak wolnych pokoi. Wróciliśmy na policję, gdzie tym razem we dwóch zaczęli przez następne minuty studiować nasze paszporty. Po chwili dołączyło kolejnych 3 policjantów. Główny zmiany został na komisariacie, a my poszliśmy do kolejnego budynku. Zostaliśmy ulokowani w zamkniętym przed kilku laty hotelu, który specjalnie dla nas stary właściciel ,,otworzył” na jedną noc – cena całe 6000 kyat/ 2 osoby. Pokój nie był zbyt zachęcający  do spania, ale użyto duuuuużo odświeżacza , aby przynajmniej pachniało ładnie. Za to ,,łazienka”, która bardziej przypominała oborę była naprawdę przerażająca. Nie było bieżącej wody, a tylko wcześniej napełnione kontenery pełne wody, masa pająków, pajęczyn i innych robali. Wrrrr. Żałowaliśmy, że nie zostaliśmy w namiocie, ale nie mieliśmy już odwrotu.

biurko na komisariacie

biurko na komisariacie

Dochodziła dopiero 22. Wcześniej przejeżdżając przez miasto widzieliśmy dyskotekę, więc próbowaliśmy jej poszukać. Niestety była już zamknięta, więc postanowiliśmy wybrać się do otwartej ,,beer station” na piwo, aby ,,uczcić” powodzenie planu znalezienia hotelu, a przede wszystkim nabrać przekonania i odwagi, aby przemóc się i jednak wziąć w jakiś sposób prysznic w obrzydliwej łazience z pająkami.

wrrrrrr...

wrrrrrr…

Weszliśmy do mega stylowego lokalu (rozwalone ściany, typowa melina xD). Kończyliśmy właśnie pierwsze piwo, gdy do lokalu weszło 3 imigracyjnych. Chcieli tylko zapytać, czy wszystko w porządku, czy nie mamy jakichś problemów, a także podkreślić, że ich obowiązkiem jest nasze bezpieczeństwo – ,,your security is my duty”  powtórzone przynajmniej 10 razy. Jeden z mężczyzn nakazał barmanowi nie sprzedawać nam niczego więcej i wyszedł. Po 2 minutach jakaś babka podeszła i powiedziała ,,quickly”, chcąc abyśmy wyszli. Po powrocie do miejsca naszego noclegu czekało na nas 3 imigracyjnych i kilku policjantów – ponownie przeglądali nasze paszporty, które zostawiliśmy na ,,recepcji”. Uśmiechnęli się, powtórzyli kilka razy znaną już nam sentencję ,,Your security is my duty”, zapytali czy wszystko ok i upewniwszy się, że weszliśmy do pokoju odjechali na skuterach . I jak w Mjanmie nie czuć się bezpiecznie?:D

IMG_5702

,,hotel…”

IMG_5704

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *